Artykuły pokrewne
Wyszukiwarka
Najnowsze
- Frachy na lachy - Jerzy Szulc
- Ballady Edwarda Stachury...- Marek Gałązka
- Przed kurtyną świtu - Piotr Goszczycki
- Złote i czerwone - M.K.Manansterski, Zb. Milewski
- WIELKIE OTWARCIE "OGRODU WYOBRAŹNI" W ESTEDE W GNIEŹNIE
- Autobiografia - Jacek Kuroń
- Jeszcze jeden dzień w raju - Aleksander Sowa
- 11.06.2010r., Duża Galeria MOK w Gnieźnie - WIECZÓR POETYCKI JERZEGO KAŁWAKA
- Kartki wyrwane z Iliady - Jan Sobczyk
- SPOTKANIE Z KUNDERĄ
RSS
| M.J. |
|
|
|
|
autorka: Ula Kasperek
Otwierała drzwi zawsze swoją parą kluczy. Wychodziłam z biura o godzinie szesnastej. Coraz częściej, pod jakimkolwiek pretekstem. Zamawiałam taksówkę i modliłam się, żeby na drodze nie było korków! Gdy wracałam, wchodziłam do kuchni po papierosy, zauważałam torbę z zakupami i I tak kolejno, nieprzerwanie, zostawałam w kuchni do momentu wypalenia papierosa. Od tamtego momentu, co drugi dzień w godzinach popołudniowych ( przeważnie od szesnastej do dziewiętnastej) granatowy telefon marki motorola leżał wyłączony na moim nocnym stoliku. Moje ręce na początku pragnęły razem z moimi ustami zadzwonić do niego; Za każdym razem, gdy wychodziła spod prysznica zawinięta w moim frotowym szlafroku, i uśmiechała się do mnie, a wraz z nią: jej włosy, oczy, usta i nos. Podchodziłam i tuliłam się do niej, rzutem oka sprawdzając, czy na klapce telefonu nie ma odbitych moich palców. Wstawałam, żyłam, oddychałam. Szłam do pracy, robiłam zakupy, kupowałam wykwintne wina, kolorowe świece, zapachowe kadzidła. Robiłam wszystko dla Julianny. Czasami, gdy musiała pilnie wyjechać i nasze plany spalały na panewce - zamykałam się w domu i udawałam, że jestem chora. Dzwoniłam do redakcji, przepraszałam, brałam parę dni wolnego, dokładnie tyle, ile jej miało nie być. W rzeczywistości, nawet byłam chora. Gdy dzwoniła, umyślnie nie odbierałam. Chowałam telefon pod poduszkę i wsłuchiwałam się w te rytmiczne wibracje tuż obok mojej głowy. Potem odliczałam piętnaście minut i wybierałam jej numer. Udawałam zaspaną i zdziwioną, że pośrodku nawału pracy znalazła chwilę, żeby zadzwonić. Moje uzależnienie było konkretne. Zdarzało mi się sprawdzać godzinę na zegarku (dostałam na dwudzieste ósme urodziny, piękny brązowy, z pandą trójwymiarową w środku - oczywiście od niej), gdy spóźniała się pół godziny albo gdy wpadała zdyszana i pachniała innymi perfumami zastanawiałam się, czy jest ktoś jeszcze, a jeśli jest, to jaka lub jaki jest? Ze wściekłością chowałam wtedy zegarek, goździki wyrzucałam, tłukłam najnowszy flakon perfum jaki od niej dostałam; A gdy następnego dnia leżała mi na kolanach, opowiadała o nowym zapachu, który sprowadzili tutaj, do Warszawy, zaledwie trzy dni temu i musimy absolutnie jutro wybrać się tam, tuliłam wtedy nos do tego miękkiego zgięcia między ramionami a szyją i chłonęłam ten zapach. Myślałam, że jeśli druga kobieta zazdrosna jest o ślady perfum, które mogą dowoli wchłaniać się w jej skórę, kocha naprawdę. Codziennie o ustalonej godzinie sięgałam po małą, ciemnożółtą pigułkę, tak, jakby czasami resztki JEGO spermy po ich wspólnej nocy mogły mnie zapłodnić. Brałam opakowanie, siadałam w fotelu i liczyłam, przez ile dni jeszcze będziemy mogły TO robić. Za każdym razem, gdy wymawiałam na głos słówko: „TO”, odczuwałam drobne łaskotanie w żołądku, tak jakby owoc zakazany (który przez większość ludzkości należy wybić i potępić) smakował jeszcze lepiej. Zasypiałam z listkiem tabletek. Sama w sobie miała coś, co sprawiało, że mężczyźni pragnęli przebywać w jej towarzystwie. Wzbudzała w nich nie tyle pożądanie, ale pewną chęć rozebrania i popatrzenia na nią. Czasami, gdy szłyśmy ulicą i jej wzrok spoczywał perwersyjnie na męskim kroczu, nie kryła się z tym. Nasze dwuznaczne żarty i zaczepki na środku ulicy nie tylko zwracały na nas uwagę, ale właśnie wtedy czułam, że naprawdę z nią jestem; Poznałyśmy się na jego urodzinach. Był podróżnikiem, powieściopisarzem. Jego najnowsza książka o Paryżu przedstawiała wszystkie wypieki i smaczki tego miasta, a że moja gazeta Bo ona wzruszała mnie już wtedy, całą sobą, nawet, gdy nieudolnie próbowała otworzyć butelkę, a potem wyjąć z najwyższej półki dwa czyste kieliszki. Wzruszała mnie właśnie tą nieporadnością, jak u małego dziecka, ciekawością świata - tak, jakby pytała mimo swoich trzydziestu trzech lat, (które obchodzi, co roku dwunastego września), dlaczego słońce świeci. Początkowo często zastanawiałam się, jaka byłaby nasza konfrontacja, jakby wyglądała i w jakim świetle postawiłaby moją osobę. To było parę miesięcy temu. Miałam wolny dzień, więc wybrałam się z koleżanką na obiad. Ona miała mieć do późna jakieś zebranie w firmie. Podobno walczyli o duży przetarg. Zapowiedziała, że zadzwoni dopiero późnym popołudniem. Gdy weszłyśmy do restauracji i zajęłyśmy wolny stolik pod oknem, zobaczyłam ich Byli pochłonięci rozmową, gestykulowali, całowali się… Nie była wcale w biurze. Miała na sobie letnią sukienkę, a nie tradycyjnie żakiet i spódnicę. Gdy spojrzałam w ich stronę, obdarzyła mnie jednym, jedynym chłodnym spojrzeniem, jakim patrzy się na obcego człowieka, który popatruje z boku. On nawet tego nie zauważył. Wpatrywał się w nią i ruchami rąk próbował coś naznaczyć w powietrzu. Przeprosiłam koleżankę i poszłam do łazienki. Słabość w kolanach ustała, gdy oparłam się o lustro. Nie rozumiałam - przecież znałam jej męża, witając się ze mną niczego by nie ryzykowała. Gdy wracałam, umyślnie przeszłam obok ich stolika, nawet nie spojrzała w moją stronę. Szybko złożyłam zamówienie, zamieniłam parę słów z koleżanką i po zjedzonej sałatce, biegiem ruszyłam do samochodu. Płakałam całą drogę, tusz wlewał mi się pod powieki, a histeria, która mnie obejmowała, coraz mocniej nie chciała wcale ustąpić. Gdy weszłam do domu wyrzuciłam wszystkie kosmetyki. Wszystkie butelki wina, wszystkie tabletki i chusteczki. Wcale nie chciałam przestać płakać; wręcz przeciwnie, cieszyłam się, bo uważałam to za punkt kulminacyjny, który może w końcu otworzy mi oczy, pozwoli zmienić zamki w drzwiach, zadzwonić do jej męża, powiedzieć z kim sypia i odkochać się! Budziłam się po piętnastu godzinach i czterdziestu czterech minutach. Wstawałam, szłam do kuchni i zaczynałam płakać. Mój telefon leżał rozłożony na części, razem z baterią i zarysowaną kartą. (Na wszelki wypadek, gdyby mojemu sercu było zbyt mało). Dni mijały na poszczególnych etapach, zaczynających się, od: Dlaczego to tak boli? A kończących: Potrafię bez ciebie żyć! Przeżyłam bez jej ust sto sześćdziesiąt godzin. W ostatnich sześćdziesięciu godzinach zmieniłam zamki w drzwiach, wykąpałam się i poszłam szukać uczucia. Takiej seksualnej bliskości, która pozwoli zapoczątkować to moje leczenie bezgranicznego uzależnienia i gdzieś w środku, dogryzie i pokłuje ją. Pierwsza rozpięłam bluzkę, podciągnęłam spódnicę, i czekałam aż on niezdarnie ściągnie spodnie i zaniesie mnie na łóżko. Wypiłam wystarczającą dawkę martini, żeby być na wszelki wypadek znieczuloną i po godzinie zapomnieć jego imię. Nie znosiłam umizgów mężczyzn i ich niesprecyzowanych ruchów. Jeszcze przed związkiem z nią stroniłam od tego, by zostawali na całą noc, nie wyobrażałam sobie, by przy mojej porannej toalecie wokół moich nóg kręcił się mężczyzna. Owszem, miałam związki, romanse biurowe, które kończyły się następnego dnia. Nie miało dla mnie znaczenia, czy taki sobie poszczególny osobnik ma żonę, narzeczoną, dziewczynę. Moja kokieteria wobec nich kończyła się w momencie, kiedy mój głód wewnętrzny, moja chęć posiadania kogoś zostały zaspokojone. Odpychałam wówczas natręta, ubierałam się, wypraszałam. Szukałam prawdziwego i gorącego, lecz tylko chwilowego uczucia. Nie potrzebowałam stabilizacji, umawiania się, a cielesność i bliskość dwojga ludzi, kiedy kochają się, jest tak silna, że nić łącząca ich wtedy jest napięta do nieprzytomności wewnętrznej. Gdyby to wówczas usłyszał mój ginekolog, zmniejszyłby mi dawkę hormonów. O godzinie drugiej nad ranem nie było już jej. Nie było jej palców na moim brzuchu, ani kropelek potu na łonie. Stałam naga przed lustrem i patrzyłam na siebie oczami mężczyzny, który spał na JEJ poduszce; Zamiast czarnych loków- łysawa głowa, zamiast zadbanych rąk, ciężkie i niezgrabne palce. Kiedy wyszedł, wyprałam poszwy. Zrezygnowałam z zapamiętania jego zapachu. Wszystko było nie tak! Miał być delikatniejszy, kiedy był zbyt porywczy i miał być bardziej gorący, kiedy nieudolnie szukał mojego punktu G. Miał mnie potrzymać za rękę, gdy szczytowałam i delikatnie szeptać do ucha te wszystkie miłe słowa… Zapomniałam, że żaden mężczyzna nie może dać tego maleńkiego procentu. Żaden mężczyzna, tak nie pachnie, żaden mężczyzna nie wbiega na trzecie piętro powiedzieć tylko: Tęskniłem i dając te cholernie pachnące goździki! Gdyby przy tych dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach mojej duszy pojawiła się - wpuściłabym ją na nowo. Gdy wracałam z łazienki z apteczką i nachyliłam się żeby obmyć zdarte kolano, położyła mi rękę na ramieniu i powiedziała: Monika… Przepadłam przy jednym maleńkim, Monika. Już przy M zmiękły mi nogi, a na a byłam nie sobą, górowała nade mną kobieta, która cichutko ukryła się pod moim sercem, dokładnie między żebrami i czekała tylko, kiedy moje połamane serce przestanie płakać. Przy tym jednym maleńkim słówku moje ręce stały się nie moje, usta nie moje, ciało nie moje. Całowałam to obdarte kolano, tuliłam i czułam się jak narkoman, któremu po raz kolejny (gdy był na głodzie) pozwolono wstrzyknąć sobie swoją porcję. Miała w sobie coś, co kazało zwrócić na nią uwagę, nawet, gdy nie mówiła, ale zasłuchana całą sobą, oczami i kącikami ust, które delikatnie unosiły się, jakby chciała coś powiedzieć, nie było w niej nic prymitywnego, nic, co mogłoby świadczyć o braku u niej inteligencji. Podświadomie i spontanicznie wybierany moment na to, by coś dodać, nawet, jeśli był niewłaściwy lub nietaktowny, przy niej wydawał się idealny. Bo ona była takim ideałem bez wad. Miała ich milion i jedną więcej, ale czegokolwiek dotknęła, co popsuło się lub stłukło, przy jej przepraszających oczach, wydawało się nieważnym drobiazgiem, nawet, jeśli było przywiezione z Chin i miało wartość mojej potrójnej pensji. Potrafiła bez końca mówić, robiła przerwy jedynie na złapanie oddechu, poprawienie grzywki, która spadała na oczy, i już wracała do podjętego tematu. Była intelektualistką w każdym calu i była dumna z tego, że jest Włoszką. Zapytana kiedyś przez mojego dobrego kolegę, co robi w tak zapyziałym kraju jak ten, odparła ze śmiertelną powagą, że uczy się żyć, tak samo jak jej matka, kiedy wyjeżdżała stąd do Włoch za miłością swojego życia. Jej wewnętrzna niepokora do świata, do utartych schematów, jej wzruszanie mnie każdym drobiazgiem - od chwili próby ściągnięcia tamtych kieliszków pięć lat temu, kiedy koniuszkami palców próbowała tak nieudolnie ściągnąć je - rozbrajały mnie.Ta cierpliwość, chęci, zabiegi, jakie wykonywała w stosunku do mnie, urzekały. Kiedyś dwa lata temu, chciałam jej o wszystkim powiedzieć. Chciałam powiedzieć, jak bardzo jestem szczęśliwa, jak kocham i ile radości może dać takie uczucie. Spanikowałam, kiedy w godzinę po moim przyjeździe, zrobiła mi wykład o tym, co ludzie powiedzą, gdy zobaczą, mnie z nią na ulicy, a nie jak przystało z mężczyzną pod ręką i gdyby ojciec żył i usłyszał o moich dziwadłach, już dawno wyklął z rodziny i zawołał księdza. Godziłam się na to od pięciu lat. Nikt tak jak ona nie potrafił poskładać od nowa mojego połamanego na milion kawałków serca. Gdy któregoś razu, na samym początku naszej znajomości, odwoziła mnie do domu i po półgodzinnej namowie nie dała się zaprosić na kawę do mieszkania, wysiadłam zirytowana. Po piętnastu minutach usłyszałam pukanie do drzwi. Została na całą noc. Gdy o drugiej nad ranem skończyło nam się wino i tematy do rozmowy zostały wyczerpane - pierwszy raz położyła mi głowę na piersi i powiedziała jak się boi. Byłam jej już wtedy bezgranicznie wdzięczna za ten strach. Przez pięć lat opowiadała mi o swoich planach, marzeniach, o swoim życiu, o tym, co ją dziś wzruszyło. Mnie. I tylko mnie to opowiadała. Czasami, gdy wyjeżdżała na dłużej niż jeden dzień, czekała z tymi swoimi wszystkimi ciekawostkami do momentu, aż się spotkamy, nie chciała nigdy nic zdradzić przez telefon, tak, jakby te wszystkie: achy i ochy straciły znaczenie, gdyby mi zdradziła je przez telefon. Od progu rzucała torbę ( nigdy nie pozwoliła odebrać się z lotniska) i już mówiła. Musiałam usiąść wtedy natychmiast. Nagle zabrakło mi tchu i zrobiło się tak niebezpiecznie miękko w kolanach. Ona wiedziała, obserwowała moją twarz od paru minut. W nocy długo zastanawiałam się, czy gdyby ona nie widziała, też bym była taka jak on. Czy też bym była takim podparciem, czy moje miejsce do reszty, w każdym milimetrze, przejąłby on? Właśnie w takich momentach, kiedy to sobie uświadamiałam, chciałam być dla niej wszystkim. I wsparciem, i podparciem, spowiedzią, rozgrzeszeniem, byciem. I nigdy nie popełnić żadnego błędu. Bo tylko on te błędy mógł popełniać. Mógł do woli tłuc talerze przy zmywaniu, albo zapomnieć o rocznicy, spóźnić się na ich wymarzoną, planowaną właśnie przez niego kolację, jemu byłoby to wszystko wybaczone, mnie z pewnością nie. Kiedyś, gdy raz jeden jedyny zwierzyłam się koleżance ze swojego romansu, zapytała, co w nim takiego wyjątkowego, prócz tego, że jest żonaty. Nie przyznałam się, że chodzi o kobietę. Chyba nawet teraz na to bym się nie zdobyła. Może w innym kraju, w innym miejscu, w innych okolicznościach, tak. Ale nie wtedy i nie w świeżo wypłytkowanej i wytynkowanej łazience, gdzie nawet mydło dobrano kolorystycznie do wnętrza. W takim miejscu mówi się o nowych perfumach, o nowych kolekcjach od Armaniego, o nowych śmiesznych wymaganiach, czy o nadgodzinach, które trzeba natychmiast odrobić. Na pewno nie mówi się o uczuciu. Nawet takim jak moje. Z wszystkimi jego wadami i zaletami. Bo o miłości trzeba mówić na każdej kostce chodnika, przy każdej filiżance herbaty, na każdej ławce w parku, ale nigdy, ale to nigdy nie można przecież opowiedzieć o niej w ciasnym mlecznobiałym pomieszczeniu, które już od korytarza pachnie domestosem i w którym jedno jedyne okno wychodzi na środek ulicy.
Spóźniłam się parę lat, ze swoją miłością, ale fakt, że ktoś pokochał ją tak jak ja mocno, z tymi wszystkimi bólami serca, gdy wychodziła i ich brakiem, gdy nie przychodziła. Przy niej po piętnastu minutach wiedziałam, że jestem pożądana. W autobusie, w samochodzie, w pociągu, gdy po prostu coś iskrzyło, kładła lewą rękę, na moje lewe udo, albo na to wyjątkowe miejsce, zaraz pod piersią i ja po prostu wiedziałam. Gdy teraz o tym myślę odnoszę wrażenie, że na samym początku było tylko pożądanie. Często zastanawiałam się, czy będąc w tych latach ze mną, pragnęła, kiedykolwiek mężczyzny. Albo czy po prostu pragnęła jego. Odpowiadała uśmiechem, całowała wnętrze mojej dłoni, zatykała palcem usta. I to uspokajało, dawało nadzieję, było takim chwilowym znieczuleniem… Bo po psuć sobie taki miły dzień, nasz dzień takimi mało istotnymi bzdurami? Tak właśnie wtedy myślałam. Rano biegłam do sklepu jeszcze przed pracą, żeby zrobić szybkie zakupy, bo przecież ona może nie zdążyć, albo zechce wpaść nagle na kolację, a nasza lodówka jest wyprzątnięta do zera. Albo będzie miała ochotę do mnie zadzwonić, podczas gdy ja będę w sklepie lub w pracy w innych godzinach. Zostawiałam wówczas kartkę w drzwiach, po trzy wiadomości sms, które słałam ukradkiem w pracy, albo w pośpiechu jadąc samochodem. Czasami nawet dzwoniłam, zostawiając wiadomości na poczcie głosowej, bo przecież smsy mogły nie dojść. Gdy któregoś razu przyjechała wprost pod redakcję, informując mnie, że jedziemy na weekend w góry, serce skakało mi z radości, przecież na to właśnie czekałam; Ale potem pierwsze wzruszenie szybko minęło, gdy zdałam sobie sprawę, że jedziemy tam razem tylko dlatego, że on miał przedłużenie swojej wizyty w Anglii, a ona nie chciała zostać sama w domu. I to mnie właśnie wtedy tak piekielnie bolało. Bo wiedziała, że rzucę wszystko, żeby tylko z nią pojechać. Że moje życie toczy się i krąży wokół niej i bez względu na to, czy mam jakieś swoje plany i tak z nią pojadę; Że cała ja czekam na nią, moje serce, mój kubek kawy, mój dom, że czeka nawet ten cholerny mały wazonik, na to żeby włożyła do niego kwiaty. A potem je zabrała. Ona nie planowała naszego życia. Planowała tylko tę parę wąskich godzin, kiedy jego nie było. Naszego czasu, nie można było nazwać naszym małym, potajemnym, utajnionym romansem; To był czas, jaki ona planowała, dostosowywała do siebie, bo ja i tak przecież czekałam. O każdej porze, zawsze w pogotowiu. Ale co z tego, że za każdym razem, przy każdej takiej sytuacji przysięgałam sobie w duchu, że to ostatni raz. Że nigdy więcej nie pozwolę? Czy ktokolwiek z was wie, jak może kochać? Gdy w którąś środę zadzwoniła niespodziewanie mówiąc, że jedziemy natychmiast, ale to natychmiast, że ona już czeka i mam się pośpieszyć, nie buntowałam się. Zgodziłam się również wtedy. Pojechałyśmy nad morze, wynajęła mały domek tuż przy plaży, zaledwie sześćdziesiąt metrów dzieliło nas od pachnącego morza. I gdy któregoś wieczoru, kiedy nasz wyjazd stamtąd chylił się ku końcowi i te wszystkie nastroje, emocje, na tym chłodnym piasku zaczęły się wylewać, rozpłakałam się z powodu własnej niemocy. Może z powodu nadmiaru wina, które piło się jak lemoniadę, a co później okazało się zdradliwe, albo może z powodu bliskości, która nagle nas wtedy tak dotknęła, i trzymała, uświadamiając nam, że w tę jedną noc jesteśmy tylko same na tej plaży. Płakałam jak dziecko i ciągle powtarzałam, że nie chcę stąd wyjeżdżać, że zostaniemy jeszcze, chociaż na kilka dni, chociaż na parę godzin. Ona wtedy wstała, podniosła mnie i powiedziała, że on na nią czeka. To dodała po chwili, a grunt pod moimi stopami znowu się zachwiał. Przemyłam twarz w przypływającej fali i ruszyłam za nią. Nie dzwoniłam, nie pisałam, nie odzywałam się. Tak jakby te pięć lat, po prostu wzięto i wymazano z mojego życia, tak jakby ich po prostu nie było. Z tą jednak różnicą, że każdy mebel, każdy szczegół, który mnie otaczał wbrew mojej logice, przypominał i ranił jeszcze bardziej. Ona też się nie odzywała. Raz tylko spróbowała. Parę miesięcy później zobaczyłam ich razem, szczęśliwych, przed witryną sklepu z dziecięcymi ubrankami. Ona trzymała się za sporo odstający już brzuszek. Co czułam? Przysięgam, że nie czułam nic. Rozpadłam się na ulicy na setki kawałków. Na miliony kłujących okruszków, które w miarę upływu minut, zdawały sobie sprawę z tego, co zobaczyły. Mogłam tam podejść, mogłam powiedzieć, co o niej myślę, co czuję patrząc na nią teraz, jak bardzo nienawidzę ich oboje. Nie podeszłam, nie powiedziałam słowa. Nawet nie płakałam. Za dwa dni mijałoby sześć lat. Czy tęsknię? Nie wiem. Czasem wysyła mi listy, kwiaty. Nawet gdzieś tam zaplątało się zaproszenie na chrzest. Dziś na rogu ulicy Mokotowskiej kupiłam całe wiadro pięknych, pachnących goździków, a M. J
|


