Artykuły pokrewne
Wyszukiwarka
Najnowsze
- Frachy na lachy - Jerzy Szulc
- Ballady Edwarda Stachury...- Marek Gałązka
- Przed kurtyną świtu - Piotr Goszczycki
- Złote i czerwone - M.K.Manansterski, Zb. Milewski
- WIELKIE OTWARCIE "OGRODU WYOBRAŹNI" W ESTEDE W GNIEŹNIE
- Autobiografia - Jacek Kuroń
- Jeszcze jeden dzień w raju - Aleksander Sowa
- 11.06.2010r., Duża Galeria MOK w Gnieźnie - WIECZÓR POETYCKI JERZEGO KAŁWAKA
- Kartki wyrwane z Iliady - Jan Sobczyk
- SPOTKANIE Z KUNDERĄ
RSS
| Ula Kasperek |
|
|
|
|
NIEODEBRANE POŁĄCZENIE
Środa, 15:05
- Cześć, dzień dobry... Słuchaj, właśnie dostałem pismo, jak widzę - od twojego - adwokata i pomyślałem, że dobrze by było porozmawiać. Omówić parę rzeczy. Jest przecież coś na pewno. Oddzwoń po prostu, mój numer to 377 45 80... - Z trzaskiem odłożyłem słuchawkę, wiedziałem prawie na pewno, że i tak nie oddzwoni. Umyślnie odsłucha moją wiadomość pięć razy, potem ją skasuje.
Pomieszkuję tutaj od paru miesięcy. Wynająłem to mieszkanie praktycznie przy tej samej ulicy, co ona. Ba! Mieszkamy praktycznie naprzeciw siebie i gdyby jej okna były równoległe z moimi mógłbym... po prostu na nią patrzeć. Czasami, gdy wyrwę się wcześniej z pracy i stanę pod odpowiednim kątem przy własnym oknie, lekko schylony mogę obserwować jej drobną postać, która szybkimi krokami w dobrze skrojonym płaszczyku przemierza chodnik. Gdy zamknę oczy i skoncentruję się naprawdę dobrze, słyszę jej obcasy uderzające z impetem o kostki chodnika. Jest piękna. Włosy prawie zawsze spięte z tyłu głowy albo luźno puszczone na ramiona, drobne palce z zaokrąglonymi paznokciami, śliczne usta. Bardzo często zapomina nastawić budzik, lubi mocną herbatę i nienawidzi jogurtów naturalnych. Tego jednak można tylko dowiedzieć się mieszkając z nią około trzech miesięcy. Po upływie roku można zapamiętać ulubiony kolor bielizny i szminki, a po pięciu latach mimikę twarzy, gdy złości się, smuci, czy śmieje. Jeśli dopisze mi szczęście i nic nie zmieni się do godziny osiemnastej po południu, znowu ją zobaczę. Dzisiaj mamy środę, więc pewnie wybierze albo czarny skrojony kostium, albo granatową sukienkę....W środy najbardziej lubi wracać przez miasto właśnie tak ubrana. ONA: Otworzyła drzwi, popychając lekko kolanem. W duchu przeklinała nowe nierozchodzone szpilki, którymi przez ostatnie sześć godzin miała ochotę rzucać po ścianach. Torby z zakupami ciążyły jeszcze bardziej, sukienka zbyt ciasno opinała biust, a klucze złośliwie nie chciały współpracować, gdy próbowała wyciągnąć je z zacinającego się zamka. Lubiła powroty do pustego mieszkania. Wiedziała, że bez żadnej krępacji może zrzucić całe ubranie już w przedpokoju i nikt nie powie: „Madziu, tak się nie robi” i zanim ona, zmęczona po całym dniu, zdąży odetchnąć i nacieszyć się spokojem czterech ścian, ten ktoś już będzie ciągnął ją do kuchni, bo przecież czekał z kolacją, a ona mogła zadzwonić; Ma komórkę. Przecież sam jej kupił. Dopiero po dłuższej chwili, rozkoszowania się spokojem i samotnością, zauważyła migające światełko w telefonie informujące żarliwie, że ktoś próbował się do niej dodzwonić. Oparła głowę o regał z książkami i czekała, aż automatyczna sekretarka odtworzy wiadomość.
Czwartek, 10:59 Gdybym się uparł, mógłbym zapukać do naszych, chociaż teraz powinienem wreszcie nauczyć się mówić „jej”drzwi. Mógłbym zapukać, zaczekać, przesiedzieć całą noc pod tymi cholernymi drzwiami, aż w końcu musiałaby ze mną porozmawiać. Jednak mój strach, przed otwartym powiedzeniem: „Spadaj, w moim życiu brak miejsca dla ciebie” albo „Dziękuje, to już nieaktualne” ciągle zmusza mnie do zatrzymywania się w pół kroku, kiedy już mam nacisnąć dzwonek przy jej drzwiach, albo odkładać słuchawkę, gdy słyszę, że odbiera. Pewnie, dlatego wybieram wczesno poranne, bądź popołudniowe godziny, kiedy wiem w dwustu procentach, że jej jeszcze nie ma i mogę spokojnie wsłuchiwać się w przeciągły sygnał nieodbieranego telefonu, a potem to klasyczne piknięcie włączające automatyczną sekretarkę. Kiedyś zaparzę dwie filiżanki gorącej kawy, postawię obok telefonu, wybiorę numer i będę delektował się porankiem spędzonym w taki sposób. Postanowiłem rozpakować część moich rzeczy. Nadać jakiś głębszy sens pustym czterem, nawet nie pomalowanym ścianą. Pismo od jej adwokata wsunąłem w którąś z wypakowanych książek. Nie chcę pamiętać, w którą. ONA: Nowy projekt dla indywidualnego klienta zajął jej więcej czasu niż sądziła; Omówienie dokładnego rozmieszczenia drzewek owocowych, kwitnących kwiatów, zaprojektowanie letniej altany w prawym mniej oświetlonym rogu ogromnego ogrodu. Lubiła kwiaty, zwłaszcza te cięte, świeże, czasami jeszcze lekko zroszone od porannej rosy. Wtykała czubek nosa między płatki i delektowała się ich słodkawym zapachem. Dzisiaj wychodziła z biura jako ostatnia. Zamknęła uchylone okna, wyłączyła komputery i po sprawdzeniu, czy niczego nie zostawiła, wolnym krokiem ruszyła wzdłuż ulicy. Miasto ślicznie wyglądało na tle zachodzącego słońca, powodowało jakieś nieznane wzruszenia w środku serca, zmuszało do zatrzymania się i przetarcia oczu. Gdy spojrzała w prawo, zobaczyła znajomy szyld i jak zwykle szeroko otwarte drzwi. Znajomy lekko słodkawy zapach przeróżnych rodzajów kwiatów obejmował każdego, kto przechodził obok. Uśmiechnęła się i weszła do środka; Chciała chociaż na chwilę zapomnieć o jasnozielonym migającym światełku w rogu pokoju. Sobota, 9:17 Zdecydowałem się na jasnobłękitny odcień do głównego pokoju, gdy patrzyła w słońce i mrużyła oczy, miała właśnie taki kolor tęczówek. Jasnoniebieski. Przez chwilę myślałem nad tym, żeby wyjść, przespacerować się po targu, kupić trochę pomarańczy czy jabłek, po drodze zajrzeć do antykwariatu, kupić dwa kawałki sernika, wrócić do domu. Jednak, za wszelką cenę nie chcę, by czuła się osaczona jeszcze bardziej i stała się przez to jeszcze bardziej nieosiągalna dla moich palców, a potem dla całej reszty mnie. Wybiorę się do supermarketu na drugim końcu miasta, zamówię pizzę z dowozem do domu i kupię trzy pączki w piekarni dwie ulice dalej. Po południu wyjdę na spacer po parku, kupię kawę w papierowym kubku i będę po raz kolejny zastanawiał się, w którym momencie popełniłem błąd i nawaliłem tak bardzo.
ONA: Zaspała. Nienawidziła niepraktycznego spędzania czasu, zwłaszcza w piękny słoneczny poranek, kiedy można robić wszystko, oprócz wylegiwania się bez pożytku w łóżku; Wracać z pracy, imprezy, spotkania, tańczyć na środku pokoju, wyśpiewując wszystkie kawałki Madonny. Podniosła się i spojrzała na zegarek, stojący na nocnym stoliczku i wyświetlający godzinę: 9:30. Rzuciła szybkie: „o cholera” w przestrzeń i poderwała się z łóżka. Pijąc kawę i szukając jednocześnie w rzuconych byle jak ubraniach świeżej pary jeansów, w pośpiechu nacisnęła przycisk odtwarzania wiadomości. Była już prawie gotowa, gdy usłyszała trzask odkładanej słuchawki i informujące kliknięcie, że o to koniec wiadomości. Oparła się o ścianę, przymknęła oczy, a potem do przenośnego odtwarzacza CD włożyła płytę. Gdy zamknęła drzwi i powoli zaczęła zbiegać po schodach w dół ulicy, w słuchawkach dało się słyszeć zaczynającą się piątą pozycję na płycie: „Razem zestarzejmy się, wciąż tak mało jest dobranych par...”. Przymknęła oczy i z delikatnym uśmiechem na twarzy przeszła szybko skrzyżowanie i szła w tym samym kierunku, w którym szli wszyscy inni ludzie, udający się na pobliski targ. Niedziela, 0:01 Przez cały ranek zastanawiałem się, kiedy zadzwonić. Nie chciałem psuć jej tego dnia, chociaż tak naprawdę jej dzień zaczyna się po północy. Bojąc się dalej, chociaż to powoli zaczyna robić się śmieszne, jej odrzucenia, nie zaniosłem jej kwiatów, które kupiłem dzisiaj rano; Imieniny, których nie obchodzi, mogłyby być zbyt małym pretekstem do krótkiej rozmowy, czy złożenia życzeń - i z kolei wystarczającym do możliwości zrzucenia mnie ze schodów.
Farba ładnie zasycha na ścianach. Położyłem kolejne dwie warstwy, żeby kolor wydawał się bardziej pełniejszy. Ja praktycznie nie znoszę tego koloru. Ale od paru dni budzę się i zasypiam gapiąc na te niebieskie ściany. Przeniosłem oba kieliszki i butelkę wina na parapet wewnętrzny tych dużych, kamiennicowych okien. Po drodze włączyłem Cyganerię. ONA: Kończyła projekt. W tle zawodził Michael Crawford, a ona delikatnie wybijała rytm bosą stopą o drewnianą podłogę. Nanosiła ostatnie poprawki, gdy rozległ się dźwięk telefonu. Zdziwiona zmarszczyła brwi i popatrzyła na zegarek: dochodziła północ. Po chwili wróciła do projektu, pozwalając natrętowi zapoznać się ze skrzynką głosową. Po pięciu nieskończenie długich sygnałach, wreszcie usłyszała własny głos proszący o zostawienie wiadomości. Wróciła do poprawek, podgłośniła Crawforda i sięgnęła po zimną niedopitą kawę; „...Nie zwracasz uwagi na takie drobiazgi, jak czyjś zapis imienia w kalendarzu, ale ja dzisiaj...”. Podniosła wzrok, zdziwiona zaczęła słuchać uważniej wiadomości. Sięgnęła po kubek niedopitej kawy i spokojnie ruszyła do pokoju. Usiadła na kanapie w momencie, kiedy wiadomość się skończyła. Nacisnęła „odtwórz ponownie” skuliła się na kanapie i pozwoliła, żeby męski melodyjny głos wypełnił cały pokój. Po kolejnych dziesięciu minutach, rękawem za dużej męskiej koszuli, którą tego dnia miała na sobie, wycierała płynące coraz szybciej łzy. Poniedziałek, 14:40 Mogłem jeszcze coś powiedzieć, mogłem zrobić tak wiele rzeczy... Mogłem więcej rozmawiać, pytać co jest nie tak - nawet, jeśli mówiła, że wszystko jest w porządku. A teraz mogę jedynie trzasnąć łbem w ścianę, wypić kolejną butelkę whisky, zadzwonić po raz dziesiąty do pracy i przedłużyć urlop. Mogę jeszcze iść, zapukać i zmusić ją do rozmowy ze mną; Położyć jej drobną, jasną główkę na moich kolanach i przeczytać kolejny raz „Małego Księcia”. Jestem bezradny wobec jej niebieskich oczu, jak i własnych palców, które tylko tak naprawdę chciały, a nie były wstanie pochwycić i zatrzymać brzegu jej jasnej bluzki. ONA: Nie poszła dziś do pracy. Zadzwoniła i poprosiła o parę dni wolnego, wymigała się kiepskim staniem zdrowa, mimo, że praktycznie w ogóle nie chorowała. Podniosła się z łóżka, sprawdziła e-maila, odpisała krótko na parę wiadomości z pracy, w których znajomi życzyli szybkiego powrotu do zdrowia. Zrobiła sobie kakao i wróciła do łóżka. Po drodze sięgnęła jeszcze po „Anię z Zielonego Wzgórza”, którą czytała zawsze na wyrywki z „Dumą i Uprzedzeniem” naprzemian. Dzisiaj sięgnęła jeszcze po „Małego Księcia”. Całe marginesy były zabazgrane ołówkiem i piórem z uwagami i odniesieniami do tekstu. Z sentymentem przejechała opuszkami palców po zapisanych marginesach i dotknęła palcami ust; Pamiętała momenty, kiedy jeszcze liczyło się coś więcej oprócz zakupów, obiadu czy niedzielnego podwieczorku u jej czy jego rodziców. Grubo po czternastej z półsnu, wyrwał ją przeciągły sygnał telefonu. Zanim doszła do drugiego pokoju, włączyła się automatyczna sekretarka. Usiadła na poręczy fotela i słuchała. Gdy tylko głos w telefonie ogłosił „koniec wiadomości” porwała z wieszaka gruby sweter, niewielki pęk kluczy z doczepioną maskotką tygryska „It hug me” i wybiegła z domu.
Wtorek, 7:53 Siedemnaście godzin później
Wysoki mężczyzna w jasnej, dobrze skrojonej marynarce, spacerował po parku. Lato kończyło się coraz szybciej, niewielkie grupy dzieci korzystały z jego ostatnich uroków już z samego rana. Popatrzył na zegarek; Dochodziła ósma rano, do jego spotkania zostało jeszcze tylko parę godzin. Włożył szczupłe ręce w kieszenie marynarki i spokojnym krokiem, ruszył ku wychodzącej zza drzew ulicy. Miasto powoli budziło się do życia. Ludzie otwierali okna, wychodzili po poranne gazety, spacerowali z psami. W małej kawiarence, kupił pachnący jednorazowy kubek gorącej kawy i ruszył spacerem do domu. Parę metrów przed swoją kamienicą zaczął powoli wyciągać klucze z kieszeni. Uśmiechnął się, gdy jego palce dotknęły pluszowej przypinki: małego tygryska z napisem na środku brzuszka. Otworzył drzwi i dopijając stopniowo resztkę kawy wszedł do środka, dopiero wtedy usłyszał delikatne piknięcie, ogłaszające nieodebrane połączenie i pozostawienie wiadomości w skrzynce głosowej przez rozmówcę. Kubek z niedopitą kawą wypadł mu z rąk.
|


