|
Kamila Kasprzak
FANTASMAGORIA
Fantastyczne jarzenie zatapiam w nieosiągalnym błękicie twych oczu przyjacielu...
Nim gwiezdne wojny przeżyć rzucą nas na pastwę straconych nadziei chyba, że w tej walce spojrzymy ku sobie...
Lecz gdy Bóg nie raczył dać melanżu jasnowidzenia byśmy na wspólnej drodze spotkali się wcześniej...
Pozostaną niespełnione sny osobnych idei nieoswojonych dni dziecięca choroba pragnienia, która kiedyś przeminie...
I suche noce bez łez tęsknoty możliwości sprawdzenia, czy byliśmy pisani...
***
WIOSNA BEZ ZMIAN NIE PRZEJDZIE
Wiosna to śmierć odmiennej myśli przebiśniega biel splamiona krwią zapatysty, co na własnej ziemi jest nikim.
Wiosna to samotność w metropolii traw, kiedy szukając podobnych sobie jesteś jak Marks w kapitalizmie.
Wiosna to ból ulotnego istnienia nieuchwytny świat, co za szybko ucieka utopia jutra z niemożnością spełnienia.
I w końcu wiosna to jaskółka zmian, ostatnia nadzieja na własny czas, gdy dla gnuśnych chwil zakrzykniesz – NO PASARAN !
***
MIŁOŚĆ I REWOLUCJA
Przychodzi z wiosennym słońcem roztapia marazm w sercu i wodzi głowy gorące na stratę, na pokuszenie.
Do wiary dolewa chęci jak pąki pieści nadzieję i spuszcza emocje z uwięzi, pogrąża życie w szaleństwie.
Nie baczy na święte prawa zasady i konwenanse, gdy liczy się jedna sprawa, namiętny zryw pięknej szansy.
Bo miłość i rewolucja z jednego wyrasta korzenia i jeden ma imperatyw by byt w utopię zmieniać.
***
JACEK
W kurtce z błękitnego dżinsu do końca zachował wiarę w utopijny projekt zdarzeń, co wciąż naiwnie czeka na transformację ludzkiego serca.
W termosie przy sobie ogrzewał nadzieję, żeby nie wystygła gdy znów nowe dzieje propagandą sukcesu ludzi zasmucą.
I w zupie rozdanej, o której niewielu wie, że była przypadkiem, równości miarą wartość szczęścia oblicza, które zależy przecież... od godnego życia.
***
Lady Batory
W ciemnych komnatach mrocznych pokojach przechadza się dama krwią zbroczona wiecznej niełaski.
Swym szklistym wzrokiem nieobecności za szczęściem wodzi wyzuta z miłości, lecz czy okrutna?
W królewskim rodzie niemiłowana stracona na wieki w kamiennych ścianach zastygłej nicości.
Czarna orchidea płaszczem koszmaru okryta skuszona przez mary, której nikt nie pyta o prawdę...
***
Deutsche Oper 2 czerwca 1967 roku...
Ulica to ostateczność. Brunatny asfalt przeciw brunatnym. Miejska partyzantka. Pałki, zapałki, kije. Pięści, kajdanki, kamienie. Przemoc z pacyfizmem wymieszana bardzo toksycznie. I czerwona gwiazda na cokole myśli, nie-winnej wiary sztandar.
Przeciw hipokryzji strażników moralności, tysiącletniej stęchliźnie, co dziś Szacha gości, młodych tłum okrakiem na barykadzie, krzycząc: nie! rozpędzony jak bydło, poznaje czym jest wolność i krew w autorytarnym kraju i ... kulka w łeb.
***
Modlitwa o Woodstock
Zabierz mnie Panie do rockowej krainy wytyczonej glanem, gdzie metal szczęśliwy pradawne tańczy pogo. W barwach słonecznika oka słonecznego, połyskuje owsiakowa pacyfa.
Zabierz mnie Panie tam, gdzie moja muzyka jak radość w karnawale choć przez 2 dni – porządek świata ucisza. Ludzie nagle ręce wyciągają do siebie, jakby w podzięce za odwieczne pragnienie – bycia razem.
Zabierz mnie Panie na te zielone pola, co zdają się rajem dokąd myśl swobodna woła. Najpiękniejszy sen konstruktywisty staje się ciałem, tylko tu się ziści.
***
Punkówka
Garść ćwieków wyrwanych z pieszczochy dwie krople taniego wina szczypta trawy co porasta rowy wokół pól Jarocina.
Uśmiech człowieka z irokezem do smaku, chwyt za rękę lub serce pod sceną brudną od piachu.
Pożywka z ulatującej nuty, co wzbiła się wysoko może też wystarczy by poczuć się błogo.
I do tego jeszcze świeży głos Kazika rozlany w butelce niech fluidy wysyła.
Pozytywne wibracje trochę jak w reggae zaczynają fermentację punkówki, na zimowe wieczory posiedzeń...
***
Mistyk prawdziwy
Otwiera bramę do nieba i czeka. Przezroczysty, pochylony, niewidoczny. Mądrość skrywa w źrenicach pokornej kreacji.
Może dziś znowu dotknie czyjegoś serca, kontemplując anielską ikonę albo Drogę Krzyża...
I zanim zamknie wrota może jeszcze klucze zostawi, swój teatr nieruchomy, Pamięci Sławka Kuczkowskiego – twórcy nim jak monada zniknie Teatru Wizji i Medytacji Czerwona Główka, w boskiej Szczelinie... członka gnieźnieńskiej Konfraterni Teatralnej, poety.
***
Wiosna Ulrike
Zamiast po pióro – sięgasz nocą po bombę, tracisz wiarę w słowo chwytając za pistolet. MAJ – rok później pozbywa się już cnoty, jak muchy padają idee rewolty.
Lecz niespełnione cele buntu snują się po twojej głowie, odłamki protestu znów budują opór zanurzony we krwi.
Zbyt radykalna stajesz się wiosną, gdy gnuśny kapitalizm dusisz lewacką utopią. Pamiętaj jednak, że przemoc to cierpienie, Twój traktat śmierci okupiony więzieniem.
Więc pomyśl jeszcze raz... Inspiracją dla wiersza jest tragiczna postać Ulrike Meinhof – niemieckiej, lewicowej dziennikarki, później terrorystki w grupie RAF (Frakcji Czerwonej Armii), której przemoc przesłoniła idee.
***
Harley metafizyczny
Chwyta za serce nie licząc lat, nie pytając skąd jesteś, po prostu tak gong silnika jak pierwsza miłość, która nie mija...
Stalowa maszyna bardziej ludzka niż człowiek, bo wytwarza przyjaźń scalając zagonione jednostki we wspólnocie niematerialnego bytu, wiatru we włosach.
A za noce w garażu niesie po szosie, dodając kurażu postaci w czarnej skórze, jakby w podzięce za symbiozę istnienia na ścieżkach losu.
***
Wege, albo think tank feministyczny
W ogrodzie wnętrza fasolka, marchewka, groszek lodówka najpiękniejsza, która nie zabija.
Pragnienie harmonii etycznie zgodnej przeciw cierpieniu, więc od bólu wolnej.
Bez kropli krwi na talerzu istnienia uświęcone ciało kobiety-zwierzęcia.
Czekając na schyłek epoki mięsnego pożądania brutalnego łowcy celebruje życie.
***
X Muza
Zamknięta w kadrze mistrzów, chwiejnym ruchu kamery, kreując żywy obraz pozwala wierzyć w mityczny świat.
Mówi jak pożądać, lecz nie zdradza czego, kusicielka w celuloidowej taśmie co z ekranu kinowego bezwstydnie łypie okiem.
Zniewalając milionem fabularnych akrobacji, kaskadą dialogów i sposobem narracji, czaruje ujęciem.
Córa braci Lumiere, dziś rozchwytywana najbardziej ze wszystkich Muz, bliska współczesnym multimedialna gwiazda.
***
Rośl-inna
Nieroślinnie zakorzeniona pełzam. Porzucam osiadłe myślenie wiodąc żywot kłącza. Nigdy nie będę drzewem, które dostojnie wierzy w dogmaty.
Śliska, wilgotna rewolta, co drzemie we mnie, łodygą oplata pień i podstępnie liczy słoje wieloletniej hegemonii ociosanych idei.
Pogrążona w płynnym ruchu unieważniam sensy. Przypadkowo, dowolnie buduję koncepty, nowotwory znaczeń nieustannie w ciągłej kreacji...
***
Bohema
Alchemia myśli manifest słów, metafizyczna siła działania, co chciałaby znów odcisnąć serce w betonie.
W burgundowym winie zatopiona iskra, lekka jak dym na wierzch wypływa i sieje ferment.
A w kolorowych głowach pokręcone twory, artystyczne dziwy, co podczas rozmowy nasycają sensem.
Niezłomna wiara motto ekscentryka, że można ruszyć świat, zatrzymać chwilę co umyka przy dusznym stoliku.
I zainfekować tkankę w organizmie miasta, nauczyć przechodnia czym jest abstrakcja szalonej cyganerii...
***
(mojemu Władcy Snów)
Morfeuszu, niebo słonecznego dnia skłoniło się do twych stóp. Czy to już? Wyciągasz klucze snów zatopione w czarnym płaszczu?
Przechodząc przez zimną taflę nieistnienia stajesz naprawdę próbujesz nie płoszyć mrugnięciem powiek odsłaniasz orzechowe oczy.
Morfeuszu, Czy zazdrość i pożądanie zamieszkały w twej głowie? I jak zgorzel trawią umysł z sercem, kradnąc moc tajemną?
Powiedz jedno słowo, rozchyl usta pełne a głos twój dźwięczny w piersi uwięziony niech w końcu od dumy odetchnie. (inspiracja „Sandman”)
***
Gotycka królowa
Przychodzi nocą ze strzelistego zamku gdy wilk zawyje po cichu, po omacku zbiega po schodach. Otwiera poskręcaną bramę, wrota tajemnicy, przemierza cmentarze stukając obcasem. W czarnej sukni fioletu z cieniem floksa na szyi oddaje się szaleństwu, pragnie pożądania. Pod osłoną mroku ustawia ołtarze pali świece i woskiem smukłe dłonie parzy. I zanim dzień nastanie zdąży jeszcze uwolnić żałobne motyle obsypane dreszczem. A potem zwiewnym lokiem otuli stalowe rumaki i pogna na oślep czym prędzej do kochanka...
***
Bez-nadzieja Smutek jak szpieg, krąży w szczelinach umysłu gęstym sitowiem depresji osacza.
Serce skute łańcuchem zwątpienia, miłości niedowierza szamocze się niewolnik lęku.
Wołam, ale głos tonie w śniegach gnuśnej zimy królestwie furtka zamknięta...
I dni jak sople kaleczą zimnem, przeźroczyste niewidoczne.
Dogasa radości świeca, knot tli się w agonii nadzieja umiera to boli...
A może nie? Bo ciepło twych rąk czuję na kilometr pamiętam przez rok...
***
Październik
Mój październik dziwnie słoneczny przychodzi z żółtym liściem. Przemyka między palcami bezszelestnie kołysze cebulami w wiklinowym koszyku na wietrze.
Depresje krótkich dni oddala za skinięciem ręki niewerbalną mową ciała. I w swej bystrości lustruje oczyma zaorane pola. To nie jego wina że przyszedł tak późno...
Choć może lepiej bo z pogodowej matni wyrywa zmusza do działania wiosnę przybliża rozpędza mgłę wątpliwości. Mój brązowy październik późne kochanie styczniowej miłości.
***
Capoeira anarchistów
Oto czerń zwarła się, i biel w odmętach kontrastu.
Ideały wolności dziś pękata tykwa gości a nie barykady...
Zaś jej muzyka balsamem dla niewolnika wczoraj i dziś...
Salta na trawie ignorują władzę szarości...
I nie wchodzą w ramy papki, którą spożywamy wyłączając umysł...
Mentalna gimnastyka serca i umysły przenika anarchii ładem...
***
Komunikacja m.
Odjechały autobusy, przegubowce do szczęścia. Zamruczały silniki, obite pluszem siedzenia.
Bezimienne przystanki mają twoją twarz. Droga jest sucha i czarna – taką lubią kierowcy.
Pomięty bilet przepustką do ciebie, gdy pojazd jedzie z miejsca A do B.
Pekaesowe firanki od lat te same, tylko obrazy za oknem mają trwałość slajdu.
Pasażerowie z boku, pewnie się dziwią skąd w tej jeździe – tyle uroku.
Osierocony dworzec czeka na autobusy, jak my na spotkanie do następnego przyjazdu...
***
Garażówka
W szorstki beton wsiąkała benzyna teraz idee... W ciemnych kątach zawsze się zaczyna rewolucja serc... Niewygodna jak punk-rock dla ucha a jednak ktoś słucha... Spoiwo ogniw w łańcuchu muzyka buntu...
Uderzając pieszczochą o ścianę wykrzycz wreszcie... Te wszystkie słowa i zdania które mówisz szeptem... Szarpnij obłudne struny zakazów łamiąc tabu... I ścierając w pył okrągłe farmazony nie zapomnij jeszcze...
WYJŚCIE Z GARAŻU JEST TYLKO WSTĘPEM...
|